25 września 2011

"Millenium" - Stieg Larsson

O co chodzi z tym Larsonem? Filmy kinowe w dwóch wersjach (szwedzkiej i amerykańskiej), ponad 60 tygodni jako numer jeden na liście bestsellerów New York Timesa, setki tysięcy sprzedanych książek... Spodziewałem się kolejnego Dana Browna. Rozdmuchanego przez skandale (tym razem tematyka okrutno-seksualna zamiast pseudo-anty-katolickiej), średnio napisanego, płytkiego w gruncie rzeczy, czytadła. W zasadzie się nie zawiodłem, ale w przeciwieństwie do "Kodu Leonarda", Larssona czytało mi się świetnie. I nadal się zastanawiam w czym tkwi tajemnica.

Ale od początku. Seria książek znana na rynku jako "trylogia Milleniium" to dzieło szwedzkiego pisarza Stiega Larssona. Z zawodu pismak, za życia, Larsson dał się poznać jako lewicujący aktywista w swoim rodzinnym kraju, po czym niezbyt spektakularnie, zmarł na zawał serca po męczącej wspinaczce na siódme piętro. Można by w tym momencie postawić kropkę nad - gdyby nie fakt, że jak się okazało, w wolnym czasie pisał do szuflady. Jest dla mnie zagadką, jak można dla samej jeno radości pisania spłodzić trzy (a jak twierdzą niektórzy - cztery) opasłe tomiszcza i nie podjąć prób ich publikacji, ale ponoć tak się właśnie stało. Obecnie o prawa do dokończenia i publikacji tomu czwartego biją się spadkobiercy pisarza.

Fabularnie "Millenium" to zasadniczo kryminał, chociaż zagadki kryminalne są tu ewidentnie tłem dla snucia opowieści o głównych bohaterach, co samo w sobie nie jest niczym złym. Na pierwszym planie znajduję się tu dwoje postaci - Mikael Blomkvist, dziennikarz śledczy (oraz, jak twierdzą niektórzy, alter ego pisarza) i Lisbeth Salander, genialna hakerka i wyobcowany misantrop. Historę prawie od początku napędza dynamika relacji pomiędzy tą parą, czyta się książkę głównie po to żeby zobaczyć czy wreszcie dojdzie do jakiegoś przełomu, czy jedno się ośmieli a drugie zrozumie itd. Relacja między bohaterami, trzeba to Larssenowi oddać, jest skomplikowana i wielopoziomowa i dobrze się o niej czyta, choć zbudowana jest w znacznym stopnu na niedopowiedzeniach i mrocznych sekretach z przeszłości, czyli wątkach tak ogranych, że na samą myśl o nich wyrobiony czytelnik powinnien się chwycić za głowę i zawyć z rozpaczy. Nic takiego jednak nie następuje, wręcz przeciwnie. Kapitalnie się tą książkę czyta i to pomimo naprawdę licznych wad. Większość z nich to wpadki niewyrobionego pisarza - suche dialogi (napisane tak poprawnie, że zupełnie niewiarygodnie), nadmierne skupienie na detalach technicznych używanych przez dwójkę bohaterów sprzętów (szczególnie razi uparta reklama komputerów marki Apple, którą Larssen wciska tak, jakby przepisywał Keynote Steve'a Jobsa), wprowadzanie nowych wątków i postaci (deus ex machina) tylko po to, żeby doprowadzić do odpowiednio krwistej rozprawy i o nowym bohaterze natychmiast zapomnieć (boleśnie kiczowowaty przykład boksera z drugiego tomu), do granic możliwości przerysowani antybohaterowie, i masa innych drobnych wtop.

Ale, jak już kilkakrotnie wspomniałem, walory czytelnicze tej serii są olbrzymie, czytanie bardzo przyjemne, satysfakcja ogromna. Dlaczego? Trudno na to pytanie odpowiedzieć. Fajne wrażenie robią detale pseudo-psychologiczne towarzyszące opisowi bohaterów, no ale są przecież, jak już wcześniej wspomniałem oparte na znanych i "lubianych motywach". Cóż więc? Może po prostu nic więcej nie trzeba do dobrego czytadła...

(Polskie wydanie) Wszystkie trzy tomy - Wydawnictwo Czarna Owca (dawniej Jacek Santorski & co), 2008, 2009

1 lipca 2011

Neil Young and The International Harvesters - A Treasure

Ostatni naprawdę zbuntowany muzyk kontratakuje z nową(-starą) płytą. Nagranie pochodzi z czasów gdy wytwórnia Neila (Gaffen), spodziwając się hitowych albumów w stylu "Harvest" zaskarżyła muzyka o niedotrzymanie kontraktu. Chodziło konkretnie o to, że Young zamiast tworzyć muzykę rockową, sięgnął do korzeni amerykańskiej muzyki i wszedł głęboko w świat country. Jak to zazwyczaj bywa w wypadku nietuzinkowych artystów, muzyka która przy okazji powstała nie była "country" jakiej spodziewałaby się publiczność i stacje radiowe nadające taką muzykę, ale raczej Neila wariacje na temat country, albo nawet country tak nieskazitelne, że aż nie do poznania (płyta "Old Ways"). Artysta nie tylko nie przejął się procesem z wytwórnią, ale jeszcze ruszył w trasę koncertową po USA w trakcie której towarzyszył mu zespół składający się z weteranów country - The International Harvesters. I to właśnie "Międzynarodowi Zbieracze" nadają temu nagraniu charakter. Na całym albumie aż huczy od kapitalne zagranych melodyjek na pianine, aż chce się nogami wywijać przy żwawych skrzypkach, banjo i mandolinie, przy bardziej nastrojowych kawałkach nie brakuje prawidziwie wirtuozerskich występów na gitarze hawajskiej. Wszystkie kawałki na płycie są live, co bynajmniej nie przeszkadza. Neil coraz częściej w wywiadach (ostatnio przy okazji "Le Noise") podkreśla, że z wiekiem zwraca się w kierunku muzyki żywej, surowej i możliwie jak najmniej przetworzonej (co nie znaczy niezmikosowanej). Taka filozofia wychodzi mu na dobre, tak pozytywnej płyty "na żywo" już dawno nie było mi dane słyszeć. Nagranie otwiera "nowe" (wcześniej nie wydane) nagranie "Amber Jean" dedykowane córce artysty. Potem "Are You Ready for a Country" znane z płyty "Old Ways" zupełnie inne, jakby żwawsze, podobnie jak "Get Back to The Country". Kolejny utwór "It might have been" jest jak przerwa na "wolnego" na teksańskiej potańcówce. Charakterystycznych dla Neila historii drogi jak w "Bound for Glory" (zwraca uwagę gitara hawajska) nie mogło zabraknąć, w podobnym tonie (też "historyjkowo") jest "Motor City", czy nawet świetny, utrzymany w kolejowym duchu "Southern Pacific".  Ewidentną perełką, zasługującą na osobną wzmiankę jest utwór "Grey Riders", który nie wiedzieć czemu, kojarzy mi się z "Ghost Riders in the Sky" Johnniego Casha. Pomimo elementu spajającego całość nagrania, jakim są muzycy z International Harvesters, nie można się oprzeć wrażeniu, że jest to płyta-zlepek przypadkowych kawałków, nie mogło więc zabraknąć też słabszych (lub niedopracowanych) momentów. Jak dla mnie, ewidentnie na minus liczą się "Nothing is Perfect" i "Soul of The Woman". Czego by jednak nie powiedzieć o "Skarbie" jest to płyta świetna, doskonale oddająca nastrój Neila w połowie lat 80. Chociaż większość utworów została napisana w trasie i czuć momentami pewną szorstkość, to generalnie są to perełki w dorobku Younga. Prawdziwe "skarby".

"A Treasure" Neil Young and the International Harvesters, Reprise 2011


2 grudnia 2009

Głosy z ulicy - Philip K. Dick

Nowy Dick! "Być nie może" pomyślałem sobie rozważając zakup tej pozycji. "Może to android ukształtowany na podobieństwo Dicka (a potem zgubiony przez pracownika linii lotniczych) naskrobał kilka słów i udaje słynnego pisarza-paranoika?". Ale nie, to faktycznie prawdziwy, jedyny oryginalny Dick, tylko wydany tak późno. Zresztą już kilkanaście pierwszych stron powieści jasno przekonuje, że nie mamy doczynienia z naśladowcą. Jak to u Dicka, niby wszystko jest normalnie, ale jednak pod pozorem sielanki czai się uczucie brudu, szaleństwa i emocjonalnej pustki.

Główny bohater powieści to dwudziestokilkuletni marzyciel, pracujący jako sprzedawca i serwisant telewizorów w małym Kalifornijskim miasteczku. Szybko dowiadujemy się, że jest niespełnionym wewnętrznie artystą, który trochę z rozpędu, popadł w tak zwane "normalne życie", zamiast tworzyć sztukę, czymkolwiek ta ostatnia miałaby nie być. No i choć nie ma w zasadzie żadnych wyartykułowanych ambicji czy też namiętności (choć kiedyś malował), czuje się biedaczek niedowartościowany. Ze zgryzoty wielkiej popada nasz bohater w różnorakie perypetie w tym, typowo po dickowsku, natury skrajnie religijnej. Coraz bardziej zrozpaczony normalnością i zwyczajnością swej egzystencji, zarówno na niwie zawodowej jak i małżeńskiej, popada w szaleństwo by na sam koniec złamać się i poddać światu.

Choć napisana na początku lat 50, książka zachwyca dojrzałością pisarską autora. Opisy kipią szczegółami, realia powojennej Ameryki dziwią i fascynują, pełnokrwiste postacie wydają się niepokojąco znajome. Dick, choć napisał także kilka gniotów, jest doskonałym pisarzem, o niebywałym talencie do budowania napięcia i atmosfery niepokoju. Tym bardziej dojmującego, że kryjącego się w zupełnie zwyczajnym życiu, przeciętnego, amerykańskiego sklepikarza...

Na przykładzie "Głosów z ulicy" widać jak na dłoni, że dla Dicka scenografie Fantasy i SF to jedynie sztafaż. Opowieść o prowadzącej do szaleństwa normalności i zwyczajności nie potrzebowała androidów, ubików czy statków kosmicznych. Amerykańskie małe miasteczko i obyczajowa z pozoru opowieść, wystarczyły do zbudowania powieści, z jednej strony całkowicie nie-fantastycznej, a z drugiej - na wskroś dickowskiej.

"Głosy z ulicy" - Wydawnictwo Rebis, 2008

11 sierpnia 2008

Akwaforta - K. J. Bishop

Zachęcony pozytywną recenzją Jacka Dukaja na wp.pl sięgnąłem po książkę (jak się okazało - debiut) zupełnie nieznanej mi autorki, niejakiej K. J. Bishop. Książka została wydana w ramach serii wydawniczej Uczta Wyobraźni wydawnictwa MAG, od której to serii stroniłem dotychczas, głównie ze względu na... twarde oprawy wydawanych tam książek. Przyznaje, powód iście idiotyczny, jednakże polscy wydawcy przyzwyczaili mnie do krycia za mocarnymi oprawami, raczej wątłych wnętrz, sprzedawanych za dużą cenę - stąd nieufność. MAG wydał w tejże serii nie tylko Akwafortę, ale także inne wielce uznane produkty zachodnich pisarzy fantastów, jak chociażby Welin Duncana, o którym co rusz czytam na forach.

Coraz bardziej zaintrygowany, nabyłem Akwafortę i zasiadłem do czytania. W międzyczasie trochę wody w Wiśle upłynęło, także zapomniałem zupełnie co tam Dukaj napisał w swojej recenzji. Początkowo zawiodłem się srodze. Pierwsze 50 stron książki to "ufantastyczniony" western. Jest co trzeba - jeźdźcy, rewolwerowiec bez zasad moralnych, mroczna przeszłość, pogoń, napad, strzelanina. Czytało się, nie powiem, gładko. Ot, czytadło. Ale jak na "damskie wcielenie debiutującego Cortazara" (tyle mi się z Dukaja zapamiętało), było słabo. A tu nagle zaskoczenie. Po przeciętnych pierwszych stronach akcja, dotychczas wartka jak na western przystało, hamuje. Całkowicie zmienia się też scenografia, z westernowo-pustynnej na tropikalno-miejsko-przemysłową (skojarzenie: zmiksowani ze sobą Gene Wolfe, Marquez i Dickens). Zaintrygowany zmianami, czytałem dalej, dając się porwać kilku wyjątkowo zgrabnie napisanym wątkom pobocznym. Które, jak się okazało, były stanowczo najmocniejszą częścią książki, tak zakręconą i wciągającą, że w zasadzie można by kupić Akwafortę jedynie dla misternie poplątanych i kwitnących bujnymi pąkami oryginalnych pomysłów, wątków drugoplanowych. Czego tu nie ma! Jest i bardzo Borgesowska opowieść w opowieści w opowieści i filozoficzna dysputa (na poziomie omalże akademickim, co nie tylko w fantastyce, rzadkie) o istnieniu, bądź nieistnieniu Boga, czy olśniewająco kolorowa podróż odurzonego narkotykiem bohatera (zupełnie nie hippisowska), że tylko wspomnę te najlepsze. Jest cała chmara wizjonerskich obrazów, na samej granicy jawy które, być może (pewien bowiem nie jestem słuszności interpretacji) splatają się by ostatecznie ukazać całościowo wizję "miasta na akwaforcie". Przeżyłem prawdziwy zachwyt zanurzając się w tych, pozornie całkiem niezależnych opowieściach, demonstrujących prawdziwy kunszt literacki i olbrzymią wyobraźnię (oraz oczytanie) autorki... Aż niespodziewanie książka się skończyła. I musiałem wstrzymać zachwyt i dopuścić do głosu wyraźne słabości powieści. A są one, dla przeciętnego czytelnika fantastyki (jeżeli istnieje ktoś taki) dość kładące. Otóż brak tu w zasadzie głównego wątku. Dwoje protagonistów, dość prędko zaczyna wieść dość niezależne życia, powiązane fabularnie w zasadzie tylko wizją miasta, budowaną przez autorkę z opowieści pobocznych. Fabuła, po początkowym pościgu, zwalnia w zasadzie aż do całkowitego "postoju" - początkowe, "westernowe", wydarzenia nie mają w zasadzie żadnego wpływu na to co się dzieję później. Czemu autorka pozwoliła sobie na takie marnotrawstwo miejsca? Przecież mogła spokojnie zacząć od razu dalej, nie powodując mojej (i jak podejrzewam, nie tylko mojej) ambiwalencji. Jak już wspomniałem, nie wiem w zasadzie czy ja czegoś nie zrozumiałem (możliwe) i po prostu nie widzę jak wszystkie kawałki zaczynają magicznie się dopasowywać, by na końcu dać nam obraz ludzkości w "mieście na akwaforcie", czy po prostu te puzzle nie mają zbyt dobrze dopasowanych brzegów i nie chcą tak dokładnie do siebie pasować. Faktem pozostaje, że po zgłębieniu warstwy fabularnej mamy uczucie niedosytu - nie wiemy czy autorka chciała coś przekazać, czy tylko bawiła się formą.

Czy mogę więc powiedzieć, że K. J. Bishop napisała książkę godną polecenia? O tak, z pewnością. Jeśli jednak czytelnik liczy na wartką akcję, fabułę która układa się klarownie od A do Z, czy wreszcie na porządne "czytadło" spod znaku miecza i magii, niech na Boga sięgnie po coś innego. Akwaforta to wymagający kawałek literatury, godny czytania po kilka razy. A o niewielu książkach można powiedzieć coś takiego.

"Akwaforta" - K.J. Bishop, Wydawnictwo MAG 2008

6 maja 2008

Dziennik - Chuck Palahniuk

Przy okazji chandry przeczytałem nowo wydaną w Polsce ksiażkę Chucka Palahniuka, czyli "Dziennik". Zasadniczo autor eksploruje swoje ulubione tematy: szaleńcy (niekoniecznie boży) w straszno-śmiesznym, groteskowym świecie konsumpcji. To wszystko podlane sosem tajnych stowarzyszeń i schizofrenicznego rozjazdu, który prawie jak u Dicka każe się zastanawiać nad tym co właściwie jest prawdziwe. Brakuje tylko tradycyjnych, Palahniukowskich, grup wsparcia.

Ale poza tym, że znający Palahniuka będą mieli uczucie, że wszytko to już gdzieś było, książkę czyta się kapitalnie. Autor ma doskonały warsztat, nie żałuje soczystych dosadnych opisów, potrafi zbudować nastrój totalnej dezorientacji i beznadziei, zaskakuje, szokuje, skłania do myślenia...

Fabuła osnuta jest dookoła życia niespełnionej malarki Misty, pracującej obecnie w roli kelnerki w hotelu. Jej mąż dopiero co próbował popełnić samobójstwo, w związku z czym leży w szpitalu podłączony do aparatury podtrzymującej życie, w pół drogi między życiem a śmiercią. Misty nie ma lekko w życiu - czterdziestka na karku, dziecko do wykarmienia, pretensjonalna teściowa pochodząca z rodziny o szlachetnych korzeniach, wreszcie tajemnicze napisy na ścianach, zostawione przez jej umierającego męża. Aby sobie poradzić ze sromotą takiego żywota, oraz by zamknąć usta marudnej teściowej, Misty zaczyna prowadzić dziennik. Ostatecznie, prowadzenie tegoż, okazuję się być elementem wielopokoleniowego tajnego spisku, który zaważył nie tylko na życiu Misty, ale i na życiu jej męża...

Wszystko przedstawione w nad wyraz strawnej formie, choć raczej dla ludzi o mocnych nerwach (te opisy...). Zastanawia mnie tylko, czemu właściwie ma służyć przekaz który Palahniuk wydaje się wciskać na karty każdej swojej powieści - "nie ufaj naszemu światu, naszej kulturze. Ona cię pozbawi podmiotowości, zgniecie, zniszczy". Podobnie jak w "Fight Clubie" i "Udław się!", nie widać tu żadnej alternatywy. Poza ucieczką, byle jak najdalej, na złamanie nóg, poza "to wszystko", czymkolwiek by nie było.

"Dziennik", Chuck Palahniuk, Wydawca w Polsce:Niebieska Studnia