1 lipca 2011

Neil Young and The International Harvesters - A Treasure

Ostatni naprawdę zbuntowany muzyk kontratakuje z nową(-starą) płytą. Nagranie pochodzi z czasów gdy wytwórnia Neila (Gaffen), spodziwając się hitowych albumów w stylu "Harvest" zaskarżyła muzyka o niedotrzymanie kontraktu. Chodziło konkretnie o to, że Young zamiast tworzyć muzykę rockową, sięgnął do korzeni amerykańskiej muzyki i wszedł głęboko w świat country. Jak to zazwyczaj bywa w wypadku nietuzinkowych artystów, muzyka która przy okazji powstała nie była "country" jakiej spodziewałaby się publiczność i stacje radiowe nadające taką muzykę, ale raczej Neila wariacje na temat country, albo nawet country tak nieskazitelne, że aż nie do poznania (płyta "Old Ways"). Artysta nie tylko nie przejął się procesem z wytwórnią, ale jeszcze ruszył w trasę koncertową po USA w trakcie której towarzyszył mu zespół składający się z weteranów country - The International Harvesters. I to właśnie "Międzynarodowi Zbieracze" nadają temu nagraniu charakter. Na całym albumie aż huczy od kapitalne zagranych melodyjek na pianine, aż chce się nogami wywijać przy żwawych skrzypkach, banjo i mandolinie, przy bardziej nastrojowych kawałkach nie brakuje prawidziwie wirtuozerskich występów na gitarze hawajskiej. Wszystkie kawałki na płycie są live, co bynajmniej nie przeszkadza. Neil coraz częściej w wywiadach (ostatnio przy okazji "Le Noise") podkreśla, że z wiekiem zwraca się w kierunku muzyki żywej, surowej i możliwie jak najmniej przetworzonej (co nie znaczy niezmikosowanej). Taka filozofia wychodzi mu na dobre, tak pozytywnej płyty "na żywo" już dawno nie było mi dane słyszeć. Nagranie otwiera "nowe" (wcześniej nie wydane) nagranie "Amber Jean" dedykowane córce artysty. Potem "Are You Ready for a Country" znane z płyty "Old Ways" zupełnie inne, jakby żwawsze, podobnie jak "Get Back to The Country". Kolejny utwór "It might have been" jest jak przerwa na "wolnego" na teksańskiej potańcówce. Charakterystycznych dla Neila historii drogi jak w "Bound for Glory" (zwraca uwagę gitara hawajska) nie mogło zabraknąć, w podobnym tonie (też "historyjkowo") jest "Motor City", czy nawet świetny, utrzymany w kolejowym duchu "Southern Pacific".  Ewidentną perełką, zasługującą na osobną wzmiankę jest utwór "Grey Riders", który nie wiedzieć czemu, kojarzy mi się z "Ghost Riders in the Sky" Johnniego Casha. Pomimo elementu spajającego całość nagrania, jakim są muzycy z International Harvesters, nie można się oprzeć wrażeniu, że jest to płyta-zlepek przypadkowych kawałków, nie mogło więc zabraknąć też słabszych (lub niedopracowanych) momentów. Jak dla mnie, ewidentnie na minus liczą się "Nothing is Perfect" i "Soul of The Woman". Czego by jednak nie powiedzieć o "Skarbie" jest to płyta świetna, doskonale oddająca nastrój Neila w połowie lat 80. Chociaż większość utworów została napisana w trasie i czuć momentami pewną szorstkość, to generalnie są to perełki w dorobku Younga. Prawdziwe "skarby".

"A Treasure" Neil Young and the International Harvesters, Reprise 2011


Brak komentarzy: