11 sierpnia 2008

Akwaforta - K. J. Bishop

Zachęcony pozytywną recenzją Jacka Dukaja na wp.pl sięgnąłem po książkę (jak się okazało - debiut) zupełnie nieznanej mi autorki, niejakiej K. J. Bishop. Książka została wydana w ramach serii wydawniczej Uczta Wyobraźni wydawnictwa MAG, od której to serii stroniłem dotychczas, głównie ze względu na... twarde oprawy wydawanych tam książek. Przyznaje, powód iście idiotyczny, jednakże polscy wydawcy przyzwyczaili mnie do krycia za mocarnymi oprawami, raczej wątłych wnętrz, sprzedawanych za dużą cenę - stąd nieufność. MAG wydał w tejże serii nie tylko Akwafortę, ale także inne wielce uznane produkty zachodnich pisarzy fantastów, jak chociażby Welin Duncana, o którym co rusz czytam na forach.

Coraz bardziej zaintrygowany, nabyłem Akwafortę i zasiadłem do czytania. W międzyczasie trochę wody w Wiśle upłynęło, także zapomniałem zupełnie co tam Dukaj napisał w swojej recenzji. Początkowo zawiodłem się srodze. Pierwsze 50 stron książki to "ufantastyczniony" western. Jest co trzeba - jeźdźcy, rewolwerowiec bez zasad moralnych, mroczna przeszłość, pogoń, napad, strzelanina. Czytało się, nie powiem, gładko. Ot, czytadło. Ale jak na "damskie wcielenie debiutującego Cortazara" (tyle mi się z Dukaja zapamiętało), było słabo. A tu nagle zaskoczenie. Po przeciętnych pierwszych stronach akcja, dotychczas wartka jak na western przystało, hamuje. Całkowicie zmienia się też scenografia, z westernowo-pustynnej na tropikalno-miejsko-przemysłową (skojarzenie: zmiksowani ze sobą Gene Wolfe, Marquez i Dickens). Zaintrygowany zmianami, czytałem dalej, dając się porwać kilku wyjątkowo zgrabnie napisanym wątkom pobocznym. Które, jak się okazało, były stanowczo najmocniejszą częścią książki, tak zakręconą i wciągającą, że w zasadzie można by kupić Akwafortę jedynie dla misternie poplątanych i kwitnących bujnymi pąkami oryginalnych pomysłów, wątków drugoplanowych. Czego tu nie ma! Jest i bardzo Borgesowska opowieść w opowieści w opowieści i filozoficzna dysputa (na poziomie omalże akademickim, co nie tylko w fantastyce, rzadkie) o istnieniu, bądź nieistnieniu Boga, czy olśniewająco kolorowa podróż odurzonego narkotykiem bohatera (zupełnie nie hippisowska), że tylko wspomnę te najlepsze. Jest cała chmara wizjonerskich obrazów, na samej granicy jawy które, być może (pewien bowiem nie jestem słuszności interpretacji) splatają się by ostatecznie ukazać całościowo wizję "miasta na akwaforcie". Przeżyłem prawdziwy zachwyt zanurzając się w tych, pozornie całkiem niezależnych opowieściach, demonstrujących prawdziwy kunszt literacki i olbrzymią wyobraźnię (oraz oczytanie) autorki... Aż niespodziewanie książka się skończyła. I musiałem wstrzymać zachwyt i dopuścić do głosu wyraźne słabości powieści. A są one, dla przeciętnego czytelnika fantastyki (jeżeli istnieje ktoś taki) dość kładące. Otóż brak tu w zasadzie głównego wątku. Dwoje protagonistów, dość prędko zaczyna wieść dość niezależne życia, powiązane fabularnie w zasadzie tylko wizją miasta, budowaną przez autorkę z opowieści pobocznych. Fabuła, po początkowym pościgu, zwalnia w zasadzie aż do całkowitego "postoju" - początkowe, "westernowe", wydarzenia nie mają w zasadzie żadnego wpływu na to co się dzieję później. Czemu autorka pozwoliła sobie na takie marnotrawstwo miejsca? Przecież mogła spokojnie zacząć od razu dalej, nie powodując mojej (i jak podejrzewam, nie tylko mojej) ambiwalencji. Jak już wspomniałem, nie wiem w zasadzie czy ja czegoś nie zrozumiałem (możliwe) i po prostu nie widzę jak wszystkie kawałki zaczynają magicznie się dopasowywać, by na końcu dać nam obraz ludzkości w "mieście na akwaforcie", czy po prostu te puzzle nie mają zbyt dobrze dopasowanych brzegów i nie chcą tak dokładnie do siebie pasować. Faktem pozostaje, że po zgłębieniu warstwy fabularnej mamy uczucie niedosytu - nie wiemy czy autorka chciała coś przekazać, czy tylko bawiła się formą.

Czy mogę więc powiedzieć, że K. J. Bishop napisała książkę godną polecenia? O tak, z pewnością. Jeśli jednak czytelnik liczy na wartką akcję, fabułę która układa się klarownie od A do Z, czy wreszcie na porządne "czytadło" spod znaku miecza i magii, niech na Boga sięgnie po coś innego. Akwaforta to wymagający kawałek literatury, godny czytania po kilka razy. A o niewielu książkach można powiedzieć coś takiego.

"Akwaforta" - K.J. Bishop, Wydawnictwo MAG 2008

Brak komentarzy: